CentOS, Firefox i Java
Jakoś tak się składało, że przez napradę długi czas Linux stanowił dla mnie niemalże wyłącznie platformę serwerową, gdzie konsola była w zupełności wystarczająca. Wobec takiego stanu rzeczy, cały rozwój tego systemu związany ze środowiskiem graficznym mnie, delikatnie pisząc, ominął. Obecnie zacząłem trochę ‘eksperymentować’ z graficznym Linuksem i natykam się na dziwne – jak dla mnie – problemy. Przykładowo…
Jak zmusić Firefoksa pod CentOSem do współdziałania z Javą? Okazuje sie to nie być aż tak trywialnym zadaniem, jak by się wydawało (czyli kliknąć, potwierdzić i mieć). Zainstalowałem sobie dość standardowego CentOSa, wyposażonego w pełnowartościowy system graficzny kontrolowany przez GNOMEa. OKazało się, że Firefox jako taki był sam z siebie. Ale nie bardzo, OOTB, wspierał Javę.
Po pierwsze pobrałem najnowszą wersję JRE w wersji „Linux RPM”. Co ciekawe, plik, który udało mi się sciągnąć okazał się „prawie” RPMem. Niby w środku RPM, ale dodatkowo opakowany kawałkiem skryptu BASH:
[root@h7-centos ~]# file ./jre-6u20-linux-i586-rpm.bin
./jre-6u20-linux-i586-rpm.bin: Bourne shell script text executable
Po uruchomieniu „instalatora” najpierw wyświetliło licencję, potem się samo rozpakowało a na koniec powiedziało „Done.” :-)
Problem w tym, że wprawdzie Java się niby zainstalowała, ale Firefox jakby nie załapał, że powinien z niej w jakikolwiek sposób skorzystać i w dalszym ciągu marudził, że nie rozumie. Nic to, nie zrażony pierwszym niepowodzeniem, zacząłem szukać, jak to wszystko zmusić do współdziałania. Może cała procedura (nota bene składająca się z jednego polecenia :-)) nie jest jakoś porażająco skomplikowana, ale tak zupełnie oczywista dla mnie na początku też nie była.
Po krótkich poszukiwania okazało się, że Firefox szuka swoich pluginów w dwóch katalogach:
- globalnym, który wpływa na zachowanie przeglądarkidla wszystkich użytkowników korzystających z danego systemu: /usr/lib/mozilla/plugins,
- lokalnym użytkownika: ~/.mozilla/plugins.
Aby pożenić Firefoksa ze świeżo zainstalowaną przeze mnie Javą, musiałem utworzyć dowiązanie symboliczne (w katalogu, w którym FF szuka pluginów) do odpowiedniej binarki Javy. Wyglądało to tak:
[root@h7-centos ~]# cd /usr/lib/mozilla/plugins
[root@h7-centos plugins]# ln -s /usr/java/default/lib/i386/libnpjp2.so ./
[root@h7-centos plugins]# ls -la libnpj*
lrwxrwxrwx 1 root root 38 lip 2 22:06 libnpjp2.so -> /usr/java/default/lib/i386/libnpjp2.so
[root@h7-centos plugins]#
Po restarcie Firefoksa, program nagle zaczął rozumieć Javę i chyba ją nawet trochę polubił :-)
P.S. Dokładnie tak samo należy postąpić z niedziałającym Flashem, linkując do znanego nam już katalogu plik /usr/lib/flash-plugin/libflashplayer.so.
Comments
Comment from konrad
Time 3 lipca 2010 at 17:09
W Viście też wszystko jest dostępne za jednym kliknięciem :-P
Poza tym, nie zawsze trzeba iść na łatwiznę – czasami warto się trochę natrudzić, żeby docenić to, co się ma :-)))
Comment from dem
Time 4 lipca 2010 at 06:33
jak ktoś to lubi i _ma_czas_ to owszem, dla przeciętnego człowieka to tylko jego czasu – poza tym, że to zupełnie czarna magia i abstrakcja najwyższych lotów ;-)
Comment from konrad
Time 4 lipca 2010 at 10:58
Ma czas, albo nie lubi płacić za coś, co może mieć za darmo.
W moim przypadku ten serwer to maszyna wirtualna. Fizyczny serwer już jest, więc nie muszę za niego płacić, a CentOS jest za darmo. Całkowite koszty systemu: zero złotych + trochę poświęconego czasu.
Mac OS? Jasne, tylko musiałbym kupić nową maszynę, mieć ją gdzie postawić i co miesiąc płacić za zużyty przez nią prąd. Ekonomicznie nieuzasadnione.
Comment from konrad
Time 4 lipca 2010 at 11:00
A, i jeszcze coś. MacOSa prawie nie znam, więc aby nauczyć się tym cudem administrować, musiałbym poświęcić dużo więcej (cennego) czasu :-P
Comment from dem
Time 4 lipca 2010 at 11:48
W Twoim przypadku to ‘trochę poświęconego czasu’ – dla przeciętnego użytkownika to czarna magia ;-) Nie każdy bowiem zaraz po urodzeniu dostał konto shellowe :-P
Administrowanie serwerem (czy też jakąkolwiek inną maszyną) ze znakiem jabłuszka ogranicza się zazwyczaj do kilku klików – system nie gryzie, nie jest złośliwy, update’y nie psują powodują konieczności szukania nowych driver’ów, tudzież rekompilacji obecnych.
Z Twoim podejściem i wiedzą ten czas (przeznaczony) na poznanie skróciłby się znacznie – niż w przypadku ZU.
Comment from konrad
Time 5 lipca 2010 at 11:09
Dawno moje oczy takiej wazeliny nie widziały :-)
Aktualizacje nie psują? Hmmm, może i racja, ale polonizacja potrafiła kiedyś rozjechać pół systemu :-\
A co do wyboru OS (abstrahując od czynników ekonomicznych), to wolę dołożyć system podobny do tych, które już mam i taki, który znam. Nie twierdzę, że MacOS jest trudny, ale w przypadku CentOSa mam znakomicie mniejsze szanse, że użytkownik okaże się mądrzejszy ode mnie i wykorzysta w niecnym celu coś, o czym nie mam pojęcia :-)
Comment from dem
Time 7 lipca 2010 at 23:56
Nie ma już czegoś takiego jak polonizacja… od 10.5 (Leopard) system posiada zaimplementowaną polskawość w standardzie.
MacOS posiada świetne rozwiązania do kontroli rodzicielskiej / tworzenia kont z ograniczeniami – nawet czasowymi:
obrazek:
http://gigapple.files.wordpress.com/2008/12/time-pc.png?w=610
a tutaj cały artykuł:
http://theappleblog.com/2009/01/13/kid-proofing-a-mac-with-parental-controls/
Mac ruleZ ;-)
Comment from dem
Time 2 lipca 2010 at 22:53
i po co tak się męczyć… na maku wszystko jest ootb ;-P
pozdrawiam weekendowo!